Pamela Reynolds – najlepiej udokumentowany przypadek życia po śmierci
Pamela Reynolds w 1991 roku przeszła operację wycięcia tętniaka z wnętrza głowy. Z jej mózgu wypompowano krew, ciało schłodzono do temperatury 15 C, neurony nie komunikowały się, co potwierdzał wykres EEG. W takim stanie zgodnie z prawami biologii niemożliwe są nawet halucynacje, a tym bardziej rejestrowanie lub zapamiętywanie. Choć nie powinna to potrafiła dokładnie odtworzyć przebieg operacji i rozmów personelu medycznego, bo jak twierdzi obserwowała wszystko z góry.
Relacja Roberta Spetzlera, neurochirurga, który przeprowadził tę operację:
>>Myślę, że jej relacja nie jest oparta na tym, co zobaczyła w sali operacyjnej przed zabiegiem. Jej opowiadanie zgadza się szczegółowo z tym, co zdarzyło się w czasie operacji. Widziała piłę chirurgiczną do kości, która otwiera czaszkę. Ona rzeczywiście podobna jest do szczoteczki elektrycznej. Nie miała prawa tego wiedzieć! I wiertło, i wszystkie instrumenty przykryte. Nie były widoczne, leżały w opakowaniach. Te opakowania otwiera się dopiero wtedy, kiedy pacjent leży pod narkozą. W ten sposób jak najdłużej zachowuje się ich sterylność. No i fakt, że słyszała moją rozmowę z chirurgiem naczyniowym… Nie mieści się w głowie… W tej fazie operacji nikt nie może nic słyszeć. I… to, że zmysł słuchu działał, że coś słyszała, już chociażby ze względu na te słuchawki w uszach nie powinna nic słyszeć. Nie miała prawa nic słyszeć przez kanały słuchowe. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Nie wiem, jak to możliwe, zważywszy jej stan. Poza tym widziałem wiele rzeczy, których nie jestem w stanie wytłumaczyć.<<
Relacja Pameli Reynolds:
>>Nie przypominam sobie sali operacyjnej. Nie pamiętam, żebym widziała doktora Spetzlera. Towarzyszył mi asystent, jeden ze współpracowników doktora. Potem… nic. Absolutnie nic. Aż do tego dźwięku. Ten dźwięk był nieprzyjemny. Rodzaj odgłosu wydobywającego się z gardła. Zupełnie jakbym siedziała u dentysty. Przypominam sobie, że w górze głowy poczułam mrowienie i jakbym wypłynęła przez tę głowę. Im bardziej oddalałam się od ciała, tym wyraźniejszy był dźwięk. Kiedy patrzyłam w dół, widziałam różne rzeczy w sali operacyjnej. Jeszcze nigdy nie miałam tak jasnej świadomości. Patrzyłam na ciało na dole, wiedziałam, że to moje. Wcale mnie to nie wzruszało. Pomyślałam, że mnie bardzo dziwnie ogolili. Myślałam, że mnie całkiem ogolą, ale nie zrobili tego. Mój punkt obserwacji to było jakby ramię chirurga. To nie było normalne doświadczenie. Wszystko widziałam wyraźniej i ostrzej niż zwykle. Tyle było rzeczy w sali operacyjnej, których nie znałam, i tyle ludzi się tam kręciło. Pamiętam instrument w ręce chirurga, wyglądał jak moja elektryczna szczoteczka do zębów. Myślałam, że będą mi przepiłowywali czaszkę piłą. Słyszałam, że używają słowa piła, ale to wyglądało bardziej na wiertło. W skrzynce leżały zapasowe wiertła. Ta skrzynka była podobna do tej, w której dawniej, kiedy byłam mała, mój tata przechowywał różne klucze. Widziałam to wiertło, ale nie widziałam, jak doktor boruje mi w głowie, chociaż słyszałam dźwięk borowania, taki wysoki. Przypominam sobie aparat płucoserca. Nie podobał mi się. Widziałam wiele instrumentów, których nie mogłam rozpoznać. I to bardzo wyraźnie. Przypominam sobie głos kobiecy: „Mamy problem. Tętnice są za wąskie”. Męski głos odpowiedział: „Spróbuj z drugiej strony”. Ten głos dochodził jakby z daleka od stołu operacyjnego. Pamiętam, że zastanawiałam się, co oni tam robią (śmieje się), bo to naprawdę była operacja mózgu! Ale oni otwierali naczynia krwionośne w pachwinie, żeby krew odpłynęła. Tego nie rozumiałam… Wtedy poczułam „obecność” kogoś. Odwróciłam się… można powiedzieć… i popatrzyłam. I zobaczyłam punkt świetlny. Przyciągał mnie, ale nie wbrew mojej woli, chciałam tam iść. Czułam, jakby mnie to światło fizycznie przyciągało, wiem, że brzmi to głupio… ale to prawda! To fizyczne doświadczenie, jakby przemieszczania się przez coś. Zupełnie jakbym dostała się w środek tornado, ale bez kręcenia. Uczucie, jakbym niezwykle szybko jechała windą do góry. To był tunel, ale i nie tunel. Zmierzałam ciągle w kierunku światła. Im bliżej światła się znajdowałam, tym więcej spotykałam różnych zjaw, ludzi, bardzo wyraźnie usłyszałam, jak woła mnie babcia. Miała bardzo specyficzny głos. Nie słyszałam jej uszami, to było o wiele bardziej wyraziste. Natychmiast się przy niej znalazłam. Światło było bardzo jasne, jakbym siedziała w środku lampy. Zaczęłam rozpoznawać różne postacie, były otulone światłem, same były światłem i wydzielały światło, coraz bardziej przybierały kształty, które mogłam rozpoznać i zrozumieć. Zobaczyłam wiele osób, które znałam i których nie znałam, ale wiedziałam, że w jakiś sposób są ze mną połączone. Czułam się… wspaniale! Kiedy patrzę wstecz, to widzę, że wszyscy, których tam spotkałam, wyglądali bardzo korzystnie, tak jak wyglądali najlepiej w ciągu życia… Wiele osób rozpoznałam. Jedną z nich była moja babcia. Zobaczyłam też wujka Gene, który zmarł w wieku 39 lat. Dużo mnie nauczył. Dawał mi pierwsze lekcje gry na gitarze. Widziałem też ciocię Maggie. Ze strony ojca był tam mój dziadek… Wszyscy opiekowali się mną w specjalny sposób, uważali na mnie. Nie pozwalali mi przejść dalej. Zakomunikowali mi – tak chyba można najlepiej określić, bo to nie była taka rozmowa jak teraz – że jeśli jeszcze bardziej zbliżę się do światła, to coś się stanie i nie będę mogła wrócić, znalazłabym się za daleko, jakieś połączenie zostałoby przerwane i powrót byłby niemożliwy. Więc nie pozwalali mi iść dalej. A ja chciałam wkroczyć w „Światło”, ale jednocześnie chciałam wrócić. Musiałam wychować dzieci. Zobaczyłam przegląd wszystkiego, ogólną ideę, ale nie szczegóły, za szybko się wszystko działo. Otrzymałam płomyki wiedzy… Zapytałam, czy to światło to Bóg, a odpowiedź brzmiała: „Nie, to nie jest Bóg, to światło powstaje wtedy, kiedy Bóg oddycha”. Pamiętam bardzo wyraźnie, że pomyślałam: „Stoję w zasięgu oddechu Boga…” W pewnym momencie przypomniano mi, że czas wracać. Oczywiście już przed operacją podjęłam decyzję, że chcę żyć, ale muszę przyznać, że im dłużej tam byłam, tym przyjemniej się tam czułam (śmieje się). Babcia nie odprowadziła mnie przez tunel i nie wysłała z powrotem. To mój wujek zaprowadził mnie na dół, do mojego ciała. Kiedy przyszłam do miejsca, gdzie znajdowało się ciało, popatrzyłam na nie i naprawdę wcale nie miałam ochoty wracać, bo wyglądało tak, jak wyglądało: martwe. Chyba byłam całkiem przykryta. Przestraszyłam się i nie chciałam patrzeć. Wiedziałam, że to będzie bolało, wcale nie chciałam wracać. Ale wujek próbował mnie przekonać, powiedział: „Nie musisz nurkować, skocz po prostu. Jak do basenu”. I: „Pomyśl o dzieciach”. A ja odpowiedziałam (śmieje się), że z dziećmi jest wszystko w porządku. A on znowu: „Kochanie, naprawdę musisz wrócić”. No i pomógł mi, popchnął mnie po prostu. Długo to trwało, ale teraz mogę powiedzieć, że mu wybaczyłam. Zobaczyłam, że ciało podskoczyło. Wtedy wujek mnie popchnął i poczułam, że sztywnieję wewnątrz. Powrót do ciała odczułam jak skok do lodowatej wody. I taki ból. Kiedy już wróciłam do ciała i leżałam jeszcze na stole operacyjnym pod narkozą, to w pokoju rozległy się dźwięki piosenki Hotel California i taki tekst: „Jeśli chcesz, możesz się zawsze wypisać, ale nigdy nie możesz wyjechać”. Kiedy obudziłam się po narkozie, byłam jeszcze podłączona do respiratora. Parę dni później powiedziałam doktorowi Brownowi, że ta piosenka w takim momencie była nietaktem, odpowiedział, że potrzebuję więcej snu (śmieje się). MYŚLĘ, ŻE ŚMIERĆ TO ILUZJA. NAPRAWDĘ MYŚLĘ, ŻE ŚMIERĆ TO OBRZYDLIWE KŁAMSTWO.<<
Źródła:
– Pim van Lommel, „Wieczna świadomość”, Wydawnictwo Artvitae, Warszawa 2010, s 150-153.
– Pam Reynold’s Near Death Experience https://www.youtube.com/watch?v=Bu1ErDeQ0Zw.



Komentarze